Był rok 1933. Węgierski kompozytor, Reszo Seress, mieszkający aktualnie w
Paryżu, właśnie rozstał się z narzeczoną. Efektem tegoż było powstanie
utworu, który obrósł legendą. Przesycona smutkiem melodia, do której
równie klimatyczne słowa napisał kolega kompozytora, Laszlo Javor,
przeszła do legendy. Nie ze względu na jakiś wyjątkowy poziom, ale na
fakt, iż w krótkim czasie okrzyknięta została „piosenką samobójców”.
Krążące
w owych czasach pogłoski mówiły o dziewczynie, której zwłoki wyłowiono z
rzeki z zaciśniętymi w dłoni kartkami z zapisem nutowym piosenki. O
sklepikarzu, który powiesił się, a jako list pożegnalny zostawił tekst
piosenki. O kobiecie, która przedawkowała leki, a kiedy znaleziono jej
zwłoki, magnetofon złowieszczo odtwarzał w kółko tę piosenkę…
Ile
z tego było prawdą? Zapewne niewiele, faktem jest jednak, że
potwierdzono przynajmniej kilkadziesiąt samobójstw, dokonanych właśnie
pod wpływem kompozycji „Gloomy Sunday”. Już kilka lat później swoją
wersję nagrała sama Billie Holiday co oznaczało, iż utwór ten zdobył
popularność również za oceanem. Niestety – i tam okazało się, że stał
się on powodem samobójstw kilkunastu (przynajmniej) osób. Nic więc
dziwnego, że najpierw zakazano wykonywania go w wersji z tekstem,
dopuszczając jedynie wersję instrumentalną, jednakże po kilku kolejnych
przypadkach odebrania sobie życia zabroniono całkowicie prezentacji
utworu.
Ten jednak żył swą legendą. Lista wykonawców, którzy
włączyli go do swego repertuaru, jest naprawdę imponująca. Już samo
nazwisko Billie Holiday robi wrażenie, a przecież swoje wersje nagrali
m.in. Shinead O’Connor, Bjork, Elvis Costello, Ray Charles, The
Smithereens, Portishead…
Czy piosenka ta to istotnie takie
fatum, wiszące nad słuchającymi jej osobami? Wyjaśnienie samobójstw
wydaje się być jednak znacznie prostsze. To przygnębiający klimat,
tekst, przypominający o przeżytej niedawno tragedii, swoista symbioza
osoby cierpiącej i autora, który wszakże również cierpiał. To po prostu
muzyczne coup de grace, wisienka na śmiertelnym torcie, klucz
otwierający bramę ku nieznanemu.
Ale też warto zadać sobie
pytanie – czy osobę, która popełniła samobójstwo słuchając tej piosenki,
można byłoby uratować? Śmiem twierdzić, że nie. Że decyzja została już
podjęta, pewna granica przekroczona, a piosenki typu „Gloomy Sunday” są
już tylko dekoracją. Pomoc, jeśli byłaby przydatna, powinna przyjść
wcześniej, dużo wcześniej.
Bo przecież nie tylko o „Gloomy
Sunday” chodzi. „Piosenek śmierci” jest znacznie więcej, z naszym,
polskim przebojem Fogga „Ta ostatnia niedziela” na czele. Można się
domyślać, że również ta piosenka towarzyszyła w ostatnich chwilach wielu
osobom. Niegdyś szeroko opisywano w mediach samobójstwa, popełnione
przy utworach Bjork, Joy Division, Marillion czy Nicka Cave. Czy jednak
to wykonawcy są odpowiedzialni za śmierć słuchaczy?
Przejmujący
felieton Tomasza Beksińskiego na długo zapewne pozostanie w pamięci
słuchaczy prowadzonych przez niego audycji. Beksiński wprowadził w świat
klimatycznej muzyki wiele osób, ukazując im piękno, ale też i
cierpienie, zmuszając nie tylko do bezmyślnego odbioru, ale przede
wszystkim do myślenia podczas słuchania. Uczulał słuchaczy na fakt, że
integralną częścią utworu jest jego tekst, to, co autor chce powiedzieć,
przekazać odbiorcy.
Mało kto mógł przypuszczać, że pewnej
wigilijnej nocy zażyje dużą dawkę leków i odejdzie. Tak po prostu,
zapowiadając swą śmierć w felietonie zamieszczonym w „Nowym Rocku”.
Szczególnie wstrząsające jest to ostatnie zdanie, do którego
rewelacyjnie nawiązał zespół Closterkeller w ostatnim utworze na płycie
„Bordeaux”.
„Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać.”
Czego słuchał w tych ostatnich minutach?