E-czytanie 2012-05-14 15:48:58

Wiadomość o upadku jednego z najlepszych polskich pism fantastycznych, „Science-Fiction Fantasy & Horror” zszokowała chyba wszystkich fanów tego gatunku. W końcu co jak co, ale fantastyka w Polsce trzyma się świetnie, więc zawieszenie wydawania pisma, dzięki któremu mogło zrealizować swoje marzenie wielu domorosłych pisarzy i które prezentowało naprawdę wysoki poziom jest sporym zaskoczeniem. Zwłaszcza, że po klęsce również niezłego „Magazynu Fantastycznego” czy mającego dobre wejście „Lśnienia” i na tak chłonnym, fantastycznym rynku pozostało tylko jedno pismo, w dodatku bynajmniej na polskich pisarzy nieukierunkowane.

Nie inaczej jest również w innych dziedzinach literatury. Z jednej strony każdy z piszących marzy o ujrzeniu swych wypocin w druku, z drugiej – coraz mniej pism, do których można je wysyłać. Sam z sentymentem wspominam wydawany lat temu kilka „Kozirynek” – pierwsze pismo, które zamieściło moje teksty. Choć w tym przypadku akurat jaskółki donoszą, iż reanimacja pisma trwa. Tym niemniej – po jedenastu bodajże świetnie wydanych numerach pismo padło. Nie ono jedyne zresztą.

Wracając do fantastyki – dlaczego tak duża liczba potencjalnych odbiorców nie przekłada się na sukces komercyjny pisma? Wszak wydawać by się mogło, że skoro jest olbrzymi popyt, powinien bez problemu napędzać podaż. Prawo rynku w końcu – jest towar, są chętni, pismo się sprzedaje a kasa leci.

Jednakże od jakiegoś czasu narasta pewien problem. Dawniej, choć wcale nie tak dawno temu, każdy kolejny numer ulubionego pisma czy książka był swego rodzaju świętem dla odbiorcy. Pójście do kiosku czy księgarni celebrowane było niemal z bałwochwalczym oddaniem. Nic zresztą dziwnego, była to po prostu jedyna możliwość by być na bieżąco z  najnowszymi tekstami i ich autorami.

Jednakże upowszechnienie się Internetu naruszyło równowagę. Obecnie zwolennik każdego rodzaju literatury bombardowany jest z każdej strony tekstami, zarówno tymi amatorskimi, jak i wyselekcjonowanymi i zebranymi pod szyldem różnych, mniej lub bardziej znanych, czasopism internetowych.

Pomysł sam w sobie nie jest zły. Sam niedawno się skusiłem w ramach eksperymentu na zakup elektronicznej wersji jednej z gazet. I jakkolwiek jestem w pewnych kwestiach zatwardziałym konserwatystą no bo nie wyobrażam sobie np. aby iść za potrzebą z laptopem, (a gazetka to i owszem, czemu nie?) to jednak obiektywnie przyznaję, że przełamałem się nieco. Płacę SMS-em (i to taniej), ściągam i przeglądam gazetę, zachowuję sobie na dysku…

Tyle, że gazety ogólnopolskie te e-wydania traktują jako dodatek do tego, co przynosi im dochód, czyli wydań papierowych. Przecież ktoś musi te artykuły napisać, ktoś złożyć, ktoś wydrukować… Papierowe wydania są więc głównym źródłem dochodu. Tymczasem w przypadku rynku pism fantastycznych (skoro już od fantastyki zacząłem, tego się będę trzymał) sytuacja jest zgoła inna. Tu również pismo trzeba złożyć, wydrukować, zaprojektować okładkę… Ale pasjonaci-amatorzy bez problemów mogą zrobić to samo, w dodatku korzystając z darmowych narzędzi bez problemu można samemu wydawać pismo. Bez profitów, ale też bez ograniczeń.

Liczba stron? Pismo drukowane ma ściśle narzuconą liczbę bo każda strona więcej to dodatkowy koszt. Pismo internetowe nie ma z tym problemu. Dobrzy autorzy? Redaktorzy pisma drukowanego z żalem odrzucają część dobrych opowiadań, bo nie ma gdzie zmieścić. W piśmie internetowym upchnie się wszystko a i osób przyzwoicie piszących nie brakuje.  No i – za pismo drukowane trzeba płacić. A e-magazyn jest za darmo, a ewentualne zyski generują reklamy. A chłonność rynku jest ograniczona – o ile niegdyś dwa, trzy dni w miesiącu były literackim świętem, obecnie co dzień lub parę dni odbiorca bombardowany jest kolejnym elektronicznym pismem. Nakład? Wydawca pisma drukowanego musi bilansować koszty, e-magazyn można powielić w dowolnej ilości egzemplarzy. Dostępność? Wystarczy dostęp do internetu, by cieszyć się najnowszym numerem e-pisma, nie trzeba szukać po kioskach, które może sprowadzą, może nie.

W dodatku z pomocą elektronicznym magazynom ruszyli producenci wszelakich e-czytników. O ile, jak już wspomniałem, z laptopem czyta się trudno, o tyle z poręcznym czytnikiem e-booków i e-zinów sytuacja ma się zgoła inaczej. Można już w miarę wygodnie czytać w tych samych miejscach, w których czytamy wersje papierowe. Zwolennicy gazet drukowanych powolutku, niezauważenie odchodzą do lamusa. I choć proces przekształcania wersji drukowanych w e-wersje potrwa jeszcze długo, wydaje sie być nieunikniony. W dodatku, last but not least, papierowe wersje ulubionych magazynów błyskawicznie lądują w sieci, zeskanowane przez ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy, iż takie działanie bywa gwoździem do trumny wielu mniejszych pism. Niestety, chętnych do takich działań jest wystarczająco wielu, by odbiorca zamiast pofatygować się do sklepu i zapłacić ściągnął sobie najnowsze wydanie, bo przecież on „nikogo nie okrada” i „przecież jak sobie ściągnie, to jedna osoba i tak pisma nie zbawi”. A rezultat to coraz niższe nakłady, coraz trudniejsze znalezienie potencjalnego klienta i w końcu zawieszenie wydawania pisma.

Upadek „SFFiH”świadczy o tym, że kryzys zaczyna dopadać nawet tytuły o już ugruntowanej pozycji na rynku i wydawałoby się mające dużą rzeszę zwolenników. Czy zatem konserwatyści, dla których nieodłącznym elementem ulubionego pisma jest szelest papieru i zapach farby drukarskiej powoli zostaną wyparci przez właścicieli różnych e-czytników?

skomentuj (0)

Pająk, cud i kraty 2012-05-10 17:56:56

aa

To coś powyżej, to jak widzicie – pająk. Może i niepozorny, raptem dwa centymetry długości, ale też i niebezpieczny. Jak ugryzie, powoduje rozległą martwicę tkanek. Czasem nawet śmiertelną. Pająki już tak mają, że jak ugryzą, to boli  i trzeba się cieszyć, że tylko boli. Dlatego nikt ich nie lubi (poza ekstremalnymi wyjątkami).

Ale czasem zdarzają się przypadki, kiedy człowiek, po początkowym szoku, cieszy się, iż został skosztowany. Nawet przez pustelnika brunatnego.

Pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku niejaki David Blancarte wyruszył na swym motorze do pracy (był tatuażystą). Niestety, podróż okazała się być wyjątkowo pechowa Ot, kobieta bez uprzedzenia skręciła w lewo. Pan David uległ wypadkowi. Ciężkiemu i to na tyle, iż stracił czucie w nogach i został sparaliżowany od pasa w dół.

Dwadzieścia lat poruszał się na wózku, przeklinając swój los. Aż nagle pewnego dnia z przerażeniem zauważył pustelnika brunatnego na swych sparaliżowanych nogach. Nim zdążył zareagować, został ukąszony. Co prawda media tego nie podają, ale niewątpliwie wściekł się i to bardzo.

Jego rodzina nie wahała się nawet przez chwilę – zawiozła go do szpitala. I tam, po kilkudniowych badaniach okazało się, iż martwe nerwy..

Zaczynają reagować.

Rehabilitacja trwała osiem miesięcy. Rezultat?

Są dwa rezultaty.

Pierwszy – David Blancarte zaczął chodzić.

Drugi – David Blancarte chodzi, ale w ograniczonym zakresie.  Ograniczonym wielkością celi, do której trafił za „przemoc w rodzinie”.

skomentuj (0)

Zmartwychwstanie w 3D 2012-04-29 18:20:01

Na odbywającym się w Kalifornii festiwalu Coachella stało się coś, co na długo zostanie zapamiętane.  W pewnym momencie osłupiali ze zdziwienia widzowie ujrzeli legendę muzyki rap, Tupaca Shakira, witającego się z nimi ze sceny, po czym jak gdyby nigdy nic śpiewającego dwa kawałki. Co w tym dziwnego? Otóż, jak fani tego rodzaju muzyki wiedzą, Tupac nie żyje już od szesnastu lat!

Jak to możliwe? Przy wykorzystaniu skomplikowanej technologii (przygotowanie do występu trwało kilka miesięcy i kosztowało setki tysięcy dolarów) na scenie ukazał się hologram artysty. Tak, hologram! Widzowie zgodnie stwierdzili, że różnic między żywym człowiekiem a przestrzennym obrazem artysty nie było, co zresztą można było porównać, jako że jeden z kawałków Tupac zaśpiewał z jak najbardziej żywym Snoop Doggiem.

Niewątpliwie jest to milowy kamień w historii muzyki. Zdarzenie, które może pchnąć przemysł muzyczny na zupełnie nowe wody i całkowicie zmienić świat.
Czy jest to jednak krok we właściwym kierunku? A może jednak właśnie otwarto puszkę Pandory?

Oczywiście wyobraźnia natychmiast podrzuca obrazy, które powodują u zagorzałych fanów zmętnienie oczu i ślinotok. No bo przecież znowu będzie można zobaczyć Queen z Freddie Mercurym, The Doors z Jimem Morissonem, Nirvanę z Kurtem Cobainem, Republikę z Ciechowskim, Dżem z Riedlem…  Czyż to nie piękne? Cudowne? Fantastyczne?

Nie!

Po początkowej fascynacji uważam, że na dłuższą metę to krok bez sensu. Hologram – to tylko nagranie, odtworzenie pewnych zachowań, ideą koncertu zaś jest nieprzewidywalność. Czy holograficzny Ozzy Osbourne odgryzie głowę realnego nietoperza, czy obraz Jimmy Hendrixa spali prawdziwą gitarę na scenie? Nie! Owszem, może to zrobić z holograficznym nietoperzem czy gitarą, ale z kolei jeśli będzie to robił na każdym wirtualnym koncercie to gdzie tu sens? Gdzie tu miejsce na szok, na niedowierzanie, na wspólne przeżycie danego momentu skoro z dokładnością co do sekundy wiemy kiedy ten moment nastąpi? Gdzie tu miejsce na artystyczną spontaniczność?

Oczywiście jest to doskonała maszynka do robienia pieniędzy. Zresztą Snoopy Dogg już zapowiada, że ruszy w trasę z hologramem Tupaca. Ale wyobraźmy sobie co teraz zrobić może ktoś dysponujący prawami do muzyki i wizerunku zmarłej Gwiazdy. Kupuje projektor, nagrywa parę płyt i jeździ po świecie, organizując „koncerty”. Same zyski! Gwiazda nigdy nie jest zmęczona, kapryśna czy naćpana, odwala koncert i nie bierze za to ani grosza. Dzięki temu można organizować nawet kilka koncertów dziennie! Kasa sama leci do kieszeni. I nawet sceny nie trzeba budować, bo przecież scena też może być wirtualna.

Albo inna sytuacja. Kolejna, tym razem żyjąca Gwiazda, postanawia dać serię koncertów. Buduje więc (oczywiście nie sama) sto estrad w stu miastach. Publiczność na jednym będzie oglądać żywą Gwiazdę, na pozostałych – jej hologram. Ale Gwiazda nie ujawni na którym występuje na żywo, dzięki czemu każdy z widzów będzie miał niewielką szansę, że zapłacił za ujrzenie żywej Gwiazdy a nie wirtualnej. Oczywiście honorarium Gwiazda zainkasuje za sto koncertów (w jeden dzień!). Czy jednak jest to uczciwe wobec widzów? I czy wybralibyście się na taki koncert?

skomentuj (0)

"Komandos" - Richard Marcinko 2012-04-22 19:14:29

Parafrazując powiedzenie Alfreda Hitchcocka można stwierdzić, iż dobra książka powinna zaczynać się trzęsieniem ziemi, a później napięcie powinno rosnąć. W przypadku książki „Komandos”, której autorem jest Richard Marcinko, jest to stwierdzenie całkowicie uzasadnione.

Zaczyna się skokiem spadochronowym wykonanym przez Marcinkę z wysokości sześciu tysięcy metrów podczas jednej z wielu akcji. Spadochron jednakże nie otwiera się prawidłowo, więc mając zapasowy w rezerwie komandos odcina linki i korzysta z drugiego. Jednakże, ku przerażeniu żołnierza, także i ten ulega awarii. A ziemia zbliża się w zastraszającym tempie...

I w ten sposób wprowadzając czytelnika w odpowiedni nastrój, autor zaczyna snuć opowieść o swoim życiu i karierze w jednostkach specjalnych.

Kim jest Richard Marcinko?

Jeśli wyobrażacie sobie amerykańskiego komandosa, wszechstronnie wyszkolonego, umięśnionego niczym Schwarzenegger, z długimi włosami i wąsikiem Fu Manchu, który klnie niczym szewc, ma  niewyszukane poczucie humoru, jedną ręką rozwala wrogów a w przerwach między akcjami zalicza kolejne panienki – to tak, właśnie tak wygląda i zachowuje się Marcinko.

Ale to tylko jedna strona medalu. W świecie amerykańskich jednostek specjalnych to niemalże postać-legenda, frogman, komandos, twórca i pierwszy dowódca elitarnej SEAL Team Six, jednostki służącej do walki z terroryzmem. To człowiek dalekowzroczny, który walczy nie tylko z wrogiem, ale i z chorymi schematami biurokracji wojskowej, które nierzadko są większym zagrożeniem dla kraju niż terroryści. Jako dowódca jednostki Red Cell, stworzonej by jako „terroryści” infiltrowali różne jednostki wojskowe i wskazywali ich słabe strony pokazał skostniałym dowódcom, że terroryzm to nowe, rosnące zagrożenie i odpowiednie zabezpieczenie się stanowi priorytet. Marcinko wraz ze swymi komandosami posunął się nawet do tego, że zinfiltrował bazę okrętów podwodnych oraz prezydencki Air Force One. Niestety, nie zawsze go słuchano. Kiedy podczas misji w Libanie, mającej na celu zbadanie zabezpieczeń amerykańskiej ambasady stwierdził, iż ochrona budynku jest beznadziejna, zignorowano jego opinię. Zlekceważenie rad Marcinki kosztowało życie 61 pracowników amerykańskiej ambasady w Libanie, którzy zginęli w zamachu.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej – zatytułowanej po prostu „Świr” poznajemy lata młodości autora, druga zaś część opisuje drogę bogatej kariery wojskowej jaką przemierza Dick Marcinko. Razić może niektórych, przynajmniej na początkowych stronach, dość duża liczba przekleństw i samozadowolenia a także sztubackich żartów, z drugiej strony jednak, po przeczytaniu całości, w bardzo dobry sposób widać, jak zmieniał się Marcinko. Od zdziecinniałego, megalomańskiego macho, który uwielbia bójki w barze, poprzez dowódcę jednostki aż po twórcę jednej z najlepszych jednostek antyterrorystycznych. A jednak to cały czas ten sam Marcinko, człowiek niezbyt zdyscyplinowany, jednakże znacznie lepiej  rozumiejący sens istnienia i zasady działania jednostek specjalnych niż jego przełożeni. I trudno się z nim nie zgodzić.

Książkę czyta się na głębokim wdechu i jest to jedna z tych pozycji, która kończy się zdecydowanie za szybko. Marcinko pisze barwnie, plastycznie i bez zbędnych ozdobników wciąga nas w akcję. Błyskawicznie przenosimy się z autorem z Wietnamu do Kambodży czy Iranu. Zapoznajemy się również z panem Murphym, a raczej jego słynnymi prawami, które skutecznie potrafią zniweczyć wydawałoby się dobrze zaplanowaną akcję.

Ameryka dość osobliwie podziękowała Marcince za wierną służbę. Opowiada o tym ostatni, gorzki rozdział. Gorzki, bo jednak dobitnie pokazuje, że biurokracja i schematyczne myślenie (no i układy) w każdym kraju są niezwyciężone, a dla jednostek takich jak Marcinko, który nadepnął na odcisk zbyt wielu ludziom nie miejsca w armii i jak mówi stare przysłowie. Marcinko jako komandos był doskonały, zbyt doskonały. Zbyt wiele dowódców ośmieszył czy wręcz skompromitował. Rozgrywki i przepychanki w dowództwie przesłoniły to, co zauważył już dawno Marcinko. Ale Ameryka, głucha na sugestie dowódcy Red Cell nie zauważała rosnącego niebezpieczeństwa.

Zapłaciła za to straszliwą cenę 11 września 2001 roku...

skomentuj (2)

Śmierć świnki skarbonki 2012-04-15 18:09:04

Lubicie nosić przy sobie trochę pieniędzy? Nie tylko bilonu, ale także – co znacznie przyjemniejsze – trochę emitowanych przez Narodowy Bank Polski papierków (najlepiej oczywiście tych z Zygmuntem Starym albo Jagiełłą)? Jasne, każdy lubi. Ale właśnie kraj, który trzysta pięćdziesiąt lat temu jako pierwszy w Europie wprowadził pieniądz papierowy, czyli Szwecja, zaczyna poważnie zastanawiać się nad tym – dlaczego?

Ten skandynawski kraj rozważa całkowite zniesienie fizycznego pieniądza – bilonu i papierowego, a w zamian za to wprowadzenie tylko elektronicznych płatności. I wbrew pozorom nie jest to jakaś futurystyczna fanaberia. W Szwecji (i oczywiście nie tylko) płatności przez Internet i mikropłatności via SMS to codzienność, nie tylko w supermarketach, ale również i w drobnych sklepikach.

Wydawać by się jednak mogło, że życie bez pieniędzy, oczywiście w tej dobrze nam znanej, fizycznej postaci jest jednak niemożliwe.  Sam stwierdziłem, że to nierealne, ale kiedy wkrótce potem przeanalizowałem swoje zachowanie z poprzednich dni, stwierdziłem, że…

To byłoby całkiem niegłupie!

Wypłatę dostaję prosto na konto. Opłaty dokonuję poprzez Internet, raty spłacam przez Internet. Zdjęcia wywołuję i zamawiam także korzystając z sieci. Za zakupy przeważnie płacę kartą, bo nie chce mi się jechać do bankomatu. Kilka mikropłatności wykonałem korzystając z SMS. Tak naprawdę, gdyby nie konieczność zakupów w lokalnym sklepiku i opłat za przedszkole zapewne nie korzystałbym w ogóle z pieniądza fizycznego.

Ba! Niedawno musiałem skorzystać z tradycyjnej formy przelewu, gdyż osoba, której przesyłałem pieniądze, konta w banku nie posiada. I powróciły upiory przeszłości – nic mnie tak nie irytuje, jak stanie w kolejce przed okienkiem i obserwowanie, jak obsługująca pani ślimaczy się z obsługą klienta na wszelkie możliwe sposoby. I nawet wiedząc, że to nie jej wina, bo te papierki musi wypełnić, i tak mnie coś trafia. Jako szczęśliwy posiadacz internetowego konta bankowego zapomniałem już, jak to jest stać w kolejce. I jak dla mnie sam widok obłożonej papierkami pani monotonnie przybijającej pieczątki, wklepującej coś w komputer jest poważnym argumentem za przyszłym (oby) modelem szwedzkim.

Kwestią dyskusyjną są opłaty.  Mikropłatności poprzez SMS są obarczone w chwili obecnej zbyt wysoką marżą, także montowanie terminali w małych sklepikach wiąże się z finansową niedogodnością i nadmiernym obciążeniem finansowym właścicieli. A szkoda!

Bo świat bez fizycznego pieniądza zaczął mi się jawić jako  całkiem przyjemna wizja. Idę na większe zakupy, płacę kartą debetową. Idę do lokalnego sklepiku, płacę karta zbliżeniową. Za przejazd pociągiem czy autobusem płacę przez SMS. Kino, teatr, dyskoteka? Nie ma problemu. Samochód? Mieszkanie? No, dzisiaj i tak nikt o zdrowych zmysłach nie idzie do salonu samochodowego (czy dewelopera) z walizką pieniędzy.

Nawet prezenty coraz częściej są plastikową kartą do perfumerii czy księgarni. Ot, obdarowany dostaje kartę z pewną kwotą na koncie i sam sobie wybiera, co chce kupić. Może i nie ma tej jakże wyczekiwanej niespodzianki, ale z drugiej strony nie ma nic gorszego niż nietrafiony prezent. A tak mamy pewną kwotę do dyspozycji, sami sobie wybieramy, co chcemy i jesteśmy zadowoleni. No, przynajmniej ja byłbym zadowolony.

Oczywiście – jest to pewna odmiana Wielkiego Brata. Nic nie ukryje się nie tylko przed fiskusem, ale również przed czujnym okiem żony. Bo jak jej zrobić prezent choćby na urodziny, kiedy zaglądając w historię konta od razu zorientuje się, co i w jakim sklepie kupiliśmy? Z drugiej strony może to doprowadzić do poważnych strajków wśród policjantów czy celników (o politykach nie wspomnę). No bo transakcji elektronicznej w prawo jazdy czy paszport się nie włoży…

Tak czy inaczej widzę jednak wiele zalet, a mało wad. A i te niedogodności można jakoś wyeliminować – wystarczy odrobina dobrej woli . Dlatego model szwedzki, jeśli zostanie przyjęty, jest dla mnie jaskółka, za którą warto podążyć. Nawet za cenę pustej świnki skarbonki.

skomentuj (1)

Wielkanocne przemyślenia 2012-04-09 13:07:57

Jak to jest?

Oto święta Bożego Narodzenia, które obchodzimy na pamiątkę narodzin Syna Bożego. Utrudzony, umęczony Naród Wybrany wita w tym dniu nowo narodzonego Mesjasza, który ma wyzwolić ich i poprowadzić do Królestwa Bożego. Czyż nie powinniśmy się z tego powodu radować i weselić? Tymczasem Boże Narodzenie jest świętem poważnym, nastrojowym. Śpiewamy kolędy, spędzamy Wigilię w podniosłym nastroju…

A z drugiej strony – święta Wielkiej Nocy. Sytuacja odwrotna: wszak obchodzone są na pamiątkę cierpienia i  męczeńskiej śmierci Chrystusa, powinny więc kojarzyć się właśnie z powagą i szacunkiem. Tymczasem nieodmiennie Wielkanoc jest świętem radosnym, wręcz wesołym, o ile o święcie można tak powiedzieć. Wielkanocny królik roznoszący jajka jest – przy całej sympatii dla ubranego na  czerwono brodacza - postacią znacznie radośniejszą niż święty Mikołaj,  wielkanocne śniadanie przebiega w zdecydowanie innej atmosferze niż wigilijna kolacja, podobnie jak święcenie pokarmów jest również radośniejsze niż wigilijna pasterka. No i tradycyjny lany poniedziałek…

Wielkanoc wydaje mi się również znacznie mniej skomercjalizowana, a za to bardziej rodzinna. Boże Narodzenie kojarzy mi się z bombardowaniem już od początku grudnia kolędami (kilka dni przed świętami zaczynam omijać z daleka wszelakie stacje radiowe), Mikołajami, reniferami, choinkami, lukrowanymi reklamami w TV i obwieszonymi światełkami ulicami. Wielkanoc – choć oczywiście reklam, zajączków i baranków pojawia się multum – jest pod tym względem znacznie spokojniejsza, co powoduje, że przedświąteczna atmosfera jest w tym przypadku znacznie  przyjemniejsza.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego Wielkanoc jest świętem radośniejszym jest prosta, a raczej takowa się wydaje być. Boże Narodzenie obchodzimy podczas najkrótszych dni roku, co jest pozostałością pogańskich kultów solarnych. Wierzono, że wtedy bowiem odradzał się potężny Bóg-Słońce, a święto to jest symbolicznym zwycięstwem dnia nad nocą. Jednakże wszechobecna szarość, śnieg i mróz a także krótki dzień nie sprzyjają radosnemu świętowaniu.

Tymczasem Wielkanoc to święto, które powstało jako rytuał przyciągający wiosnę. Wtedy to składano ofiary błagalne ku czci różnych bóstw (angielska nazwa Wielkanocy – Easter powstała prawdopodobnie od imion bóstw Eostre bądź Isztar). Szukano ukrytych wszędzie symboli życia – czyli pomalowanych na czerwono lub złoto jajek. Z radością obserwowano pierwsze pąki na drzewach, coraz zieleńszą trawę, powrót ptaków wędrownych… Dlatego to właśnie Wielkanoc obchodzona jest radośnie – wystarczy zresztą (choćby dziś) spojrzeć za okno.

Wielkanoc – to także zmartwychwstanie. Jedna z podstawowych zasad każdej starożytnej religii  zmartwychwstali po trzech dniach Tammuz (Babilonia), Adonis (Syria), Dionizos (Grecja), Ozyrys (Egipt), Attis (Frygia) no i oczywiście Jezus. Zmartwychwstanie to symboliczne odrodzenie się Gai, tryumf życia nad śmiercią, ale także tryumf wiosny nad zimą, Słońca na Księżycem, światłości nad ciemnością. Odrodzenie się przyrody, która jeszcze niedawno schowana była w szarości i śniegu. Odrodzenie się duszy, łaknącej światła, błękitnego nieba i śpiewu ptaków.

I dlatego dziś, w dniu, w którym świat się zazielenił, a zima ostatecznie odeszła w niepamięć, w dniu, w którym symbolicznie odradza się życie składam Wam serdeczne życzenia Wielkanocne i życzę jak najwięcej radości, jak najwięcej światła, optymizmu i uśmiechu.

No i tradycyjnie – smacznego jajeczka.

skomentuj (0)

Ostateczna kompromitacja detektywa-szołmena? 2012-04-04 18:01:49

Zapowiadany przez samozwańczego detektywa przełom w śledztwie dotyczącym śmierci małej Magdy z Sosnowca rzeczywiście nastąpił, niezupełnie jednak zgodnie z tym, co zapowiadał Rutkowski. Człowiek, który koncertowo spartolił wysiłek prokuratury, zamieniając jednocześnie zbrodnię w medialny show, oznajmił przed chwilą, że jest zaskoczony zniknięciem Katarzyny Waśniewskiej i nie ma zielonego pojęcia, jak do tego doszło.

Jaki kit tym razem próbuje nam wcisnąć Rutkowski?

Oto w pilnie strzeżonym przez jego ochroniarzy mieszkaniu przebywają razem rodzice Madzi. Idą spać o piątej rano, a o dziewiątej budzi się Bartek. Sam w mieszkaniu. W tym czasie w mieszkaniu (chronionym!) pojawia się tajemniczy ktoś o rozmiarze buta 44, matka dziewczynki pisze list pożegnalny) i niezauważona przez nikogo odchodzi wraz z jakimś panem X. Co robią, gdzie są ochroniarze? Nie wiadomo. Czy tylko mi wydaje się, że to kolejna kpina w wykonaniu pana Rutkowskiego?

Kolejna, bo jego działania od początku tej sprawy kwalifikują się jako współudział w tejże zbrodni, a nie pomoc niewinnie (rzekomo) oskarżonym. Przypomnę tylko tajemniczą kurtkę, która znalazła się w dziwny sposób w miejscu przypadkowo wskazanym przez Katarzynę Waśniewską (i śpioszki oraz smród zwłok, które swym detektywistycznym nosem wyczuł Rutkowski), wskazanie podejrzanej wersji obrony, podpowiadając jej trzykrotnie, że dziecko jej upadło (co wszyscy widzieli – szołmen nie przepuścił okazji do kolejnego lansu), uzgadnianie z Waśniewskimi, co mają mówić na konferencjach i pilnowanie, by na tychże konferencjach za dużo nie powiedzieli...

No i dzisiejsze “tajemnicze” zniknięcie ze strzeżonego ponoć mieszkania. Mąż nie widział, że obcy mu się po domu kręci, pracownicy Rutkowskiego nie widzieli, jak jakiś facet wchodzi i wychodzi wkrótce potem z podejrzaną...

Może to tylko nieudacznictwo pseudodetektywa, ja jednak obawiam się, że nie jest on bezstronnym pomocnikiem, na jakiego usiłuje się kreować, ale jednym z ważniejszych klocków w całej układance. I czas najwyższy przyjrzeć się jego roli w tej sprawie.

skomentuj (0)

Marionetki - Paweł Jaszczuk 2012-03-30 18:13:45

„Marionetki” Pawła Jaszczuka to kolejna część przygód dziennikarza Jakuba Sterna. Książka utrzymana jest w stylu kryminału retro, autor zabiera nas na ulice przedwojennego Lwowa. I trzeba przyznać, że robi to nadzwyczaj umiejętnie, ani przez moment nie dając czytelnikowi o tym zapomnieć. Przedwojenny Lwów nie jest bowiem tylko tłem powieści. Miasto tętni życiem, mieszkańcy porozumiewają się stosując lokalną gwarę, na afiszach wiszą zapowiedzi imprez kulturalnych, po brukowanych drogach poruszają się dostojnie samochody…

Jakub Stern, dziennikarz rubryki kryminalnej w lokalnej gazecie, o zbrodniach nie tylko pisze, ale również stara się je wyjaśnić. Powoduje to powstanie konfliktów z miejskim komisarzem policji, ale też wpływa na życie rodzinne bohatera, a także zawodowe. Jego kłopoty potęguje fakt, iż nie jest on superdetektywem znanym z kart powieści kryminalnych, tylko zwykłym człowiekiem, mającym problemy osobiste zarówno związane z rodzicami i bratem, jak i swoim małżeństwem. W dodatku pojawiają się niespodziewane problemy w pracy, a komisarz Zięba niespodziewanie z dobrego przyjaciela staje się niemalże wrogiem. Stern, będący tylko dziennikarzem śledczym lokalnego „Kuriera” zostaje w obliczu zbrodni całkiem sam, bo nawet jego współpracownicy zaczynają grać na swoje konto.

Powieść zaczyna się intrygująco, od znalezienia bezgłowych zwłok, które – jak się okazuje – należą do znanego Sternowi kasjera. A później jest jeszcze bardziej klimatycznie, kiedy nasz detektyw amator wraz koleżanką znajdują pokój z tajemniczymi marionetkami. Świetna scena, choć niestety zawartość jednej z marionetek, przypadkowo znaleziona przez Sterna, trochę burzy logikę wydarzeń. Zbyt jest to piękne, by mogło się wydarzyć naprawdę.

Trochę szkoda, że książka nie jest klasycznym, obfitującym w niespodziewane zwroty akcji kryminałem. Tożsamość mordercy poznajemy stosunkowo szybko, co w tego typu książkach jest niestety wadą. I nawet sprawnie poprowadzona końcówka nie ratuje tutaj odczuć wielbicieli klasycznych kryminałów, w których zbrodniarza poznajemy dopiero na kilku ostatnich stronach. Jakub Stern to postać niewątpliwie sympatyczna, ale też strasznie nieporadna. Zdecydowanie lepsze wrażenie sprawiła na mnie jego obrotna współpracownica, Wilga de Brie i szczerze żałuję, że to nie ją autor uczynił postacią pierwszoplanową.

Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę? Choćby dla, wspomnianego przez mnie, niesamowitego klimatu przedwojennego Lwowa. Paweł Jaszczuk zadbał nawet o to, by zamieścić na końcu książki słownik lokalnej gwary, Także dla subtelnego, nieco ironicznego poczucia humoru autora no i niezłego warsztatu, a także dość oryginalnie przedstawionej końcówki. Jest to książka, która powinna być lekturą obowiązkową dla tych, którzy przeczytali poprzednie tomy serii, myślę, że również ci, którzy z twórczością autora spotkali się po raz pierwszy z chęcią poznają poprzednie przygody dziennikarza-detektywa. Oczywiście traktując tę książkę jako powieść sensacyjną, a nie rasowy kryminał.

skomentuj (0)

Gdzie się podziały tamte komedie? 2012-03-26 17:58:35

Czy polskie kino komediowe stacza się po równi pochyłej? Dlaczego najczęściej zamiast salw śmiechu w kinie słychać jedynie ziewanie?

Od kliku już przynajmniej lat naszym twórcom nie udało się zrobić dobrej, śmiesznej komedii. Nawet twórcy, którzy wydawałoby się mają to we krwi, jak choćby Koterski, obniżyli poziom, można by rzec, z siłą wodospadu. Nie wspomnę już o innych, bo to byłoby kopanie leżącego. Oglądanie polskiej komedii kończy się najczęściej kacem, i to nie Wawa.

Bo nie ukrywam, że to największy gniot ostatnich -nastu, albo i -sięciu lat jest powodem napisania tego tekstu. Swoiste kuriozum filmowe, czyli „Kac Wawa”, obraz pokazujący, do jakiego żenującego poziomu może zniżyć się polski aktor, byle tylko zaistnieć na dużym ekranie.  Choć trzeba przyznać, że salwę śmiechu u mnie wywołał. No, co prawda nie film, ale producent, oskarżając Tomasza Raczka o sianie defetyzmu i utratę kilku milionów z rzekomych wpływów i zapowiadając skierowanie sprawy do sądu. Nikt chyba nie wytłumaczył panu producentowi, że zrobienie filmu to coś znacznie więcej niż tylko zaangażowanie znanych nazwisk i nakręcenie paru scen. Trzeba jeszcze – o zgrozo! - mieć choćby dobry scenariusz.

Niegdyś dobry film musiał obronić się sam. Nie było internetu, nie było nachalnych reklam na każdym rogu ulicy – a jednak do kin waliły tłumy. Choćby na „Seksmisję” czy  „Vabank”. Dlaczego? Bo te filmy oprócz genialnego aktorstwa miały spójny scenariusz, świetne teksty i oryginalne pomysły. Coś, co dziś nazywamy marketingiem szeptanym, napędzało filmową koniunkturę. Miało to tę zaletę, że film słaby po prostu nie miał szans zaistnieć. Ot, taka selekcja naturalna. Dzięki temu tylko najlepsze produkcje przetrwały w naszej pamięci, z drugiej strony model ten niejako wymuszał na reżyserze, scenarzyście i producencie maksymalne zaangażowanie i troskę o swe dzieło.

Oglądałem niedawno na jakimś programie film „Party przy świecach”. Film stary, ponad trzydzieści  lat już liczący, a przecież nadal ogląda się go z bananem na gębie. Wystarczy powiedzieć, że za scenariusz odpowiada sam Himilsbach, który oczywiście ma swoje trzy minuty w tym filmie (ale jakie trzy minuty!). No i młody Dziędziel, który śmieszy do łez. Zresztą wszystkie postacie są karykaturalnie przerysowane aż do bólu. I choć film nie zaistniał w świadomości odbiorców (kto z Was o nim słyszał?) to jednak pokazuje, jak kręcono kiedyś filmy. Bo jest tu i świetny scenariusz, i świetne aktorstwo, i równie dobra zabawa.

A teraz? Teraz nieważne jest (na szczęście tylko dla producentów) czy film jest dobry, czy zły, liczy się promocja. O filmie „Ciacho” wiedział chyba każdy, zanim jeszcze wszedł do kina. „Kac Wawa” bombardowała nas z każdego możliwego miejsca.  „Baby są jakieś inne” również, poparte zresztą nazwiskiem reżysera. Bo któż nie pójdzie na film zrobiony przez osobę mającą na koncie rewelacyjny „Dzień świra”?

Dziś próbuje się wprowadzić amerykański model kina – nieważny scenariusz, ważne, by było głośno. Na szczęście mimo usilnych prób medialnych nasze społeczeństwo nie zdurniało jeszcze do reszty. No po prostu nie chcemy się zamerykanizować. Oprócz koli, popcornu i półgłówkowatych dialogów oczekujemy od filmu czegoś więcej. Zrozumienie tego prostego faktu dzisiejszym twórcom i producentom sprawia oczywista trudność, co nie rokuje najlepiej.

Czy jest szansa na powrót do starego, dobrego kina? Mocno w to powątpiewam. Gdyby choć pojawił się jakiś zwiastun, jakiś pierwiosnek...  Niestety, obawiam się, że kolejnym krokiem może być całkowita rezygnacja z kręcenia filmów. Zrobi się promocję, zrobi się plakat i już będzie wszystko wiadomo. Kot? Zagra wysokiego przygłupa, ale będzie fajnie! Karolak oczywiście luzaka-rockmana, Żmuda-Trzebiatowska będzie uwodzić, na pewno padnie parę przekleństw, ktoś pokaże cycka... Po co marnować pieniądze i kręcić film, ryzykując że się nie sprzeda?

Pozwólmy działać wyobraźni widza!

skomentuj (1)

Nie o to chodzi, by złapać króliczka 2012-03-16 18:04:25

Kilkanaście dni temu, w ogrodzie zoologicznym w mieście Limbach-Oberfrohna (Niemcy) przyszło na świat niezwykłe zwierzątko. Niezwykłe nie dlatego, że to jakaś rzadka odmiana, wręcz przeciwnie, był to króliczek. Mały, sympatyczny króliczek, który jednakże – z powodu wady genetycznej – pozbawiony był narządu, jakże charakterystycznego dla królików.

Czyli uszu.

Mimo lekkiego feleru zwierzątko błyskawicznie stało się pupilem całych Niemiec. Pisała o nim prasa, najpierw lokalna, później nawet ogólnokrajowa. No bo sami powiedzcie, czyż można nie polubić takiego słodziaka?

aa

Uśmiechnięty dyrektor z dumą prezentował króliczka. Malutki, żyjący zaledwie siedemnaście dni Til (bo tak nazwano króliczka) szybko stał się ulubieńcem (królik oczywiście, nie dyrektor) nie tylko mieszkańców miasteczka, ale również obywateli pobliskich regionów, którzy tłumnie ruszyli do lokalnego ZOO by podziwiać, roztkliwiać się, pociućkać a nawet ronić łezkę na widok naszego bohatera. Bo przecież taka kruszynka, taki słodziutki, taki tyci-tyci-tyci, taki kochany i w ogóle to prześliczny, cudowny i tak dalej.

Właściciel ZOO postanowił pójść za ciosem i zorganizował konferencję z udziałem telewizji. Doskonale bowiem rozumiał, że słodziak słodziakiem, ale kasa – kasą. Im więcej osób o króliczku się dowie, tym więcej wpadnie obejrzeć go na żywo.

Konferencja niestety nie doszła do skutku. Przyczyna była prozaiczna.

Operator kamery, szukając jak najlepszego ujęcia, w pewnym momencie, cofając się, poczuł pod nogą coś twardego.

Tak, dobrze się domyślacie… To był nasz króliczek.

skomentuj (5)
Księga Gości Image and video hosting by TinyPic Mój ebook