Marcin Podlewski – „Happy end”

 

Istnieją  książki, które są znane dzięki promocjom, organizowanym przez wydawnictwa. Poziom w tym przypadku jest nieistotny, bardziej liczy się obecność na półkach i w topie „bestsellerów”. Są także książki, których próżno może i szukać na listach popularności w podporządkowanych wydawcom mediach, ale istnieją w świadomości czytelników także dlatego, że są najzwyczajniej w świecie dobre.

Studio Truso, wydawnictwo, o którym do niedawna jeszcze nic nie słyszałem, prężnie wkroczyło w świat fantastyki. Wyszukując i publikując dzieła niezłych, aczkolwiek mało dotychczas znanych pisarzy, zrobiło znakomity ruch. Opinię swą opieram na książce tegoż wydawnictwa, która niedawno wpadła mi w ręce – „Happy end” Marcina Podlewskiego.

Przyznam się szczerze, o M. Podlewskim usłyszałem dopiero przy okazji wydania „Zombiefilii”, w której to antologii jego tekst był jednym ze zwracających uwagę czytelnika. Zwabiony tym opowiadaniem z zaciekawieniem sięgnąłem po „Happy end” i…

Zachwyciłem się już od pierwszych akapitów. A dalej było już tylko lepiej.

Nie lubię, gdy już po kilku rozdziałach wiadomo, jak książka się skończy. Nie cierpię i już. Jedyny wyjątek to „Władca pierścieni” ale myślę, że to akurat zrozumiałe. W „Happy endzie” autor postarał się, by koniec był dla czytelnika zaskoczeniem. Ba! Przez cały czas bawi się z czytelnikiem, podsuwając mu różne scenki i wskazówki, które wyjaśniają się dopiero później. Autor nie zamierza bowiem prowadzić czytelnika za rączkę, ale zaprasza go do wspólnej gry, gry, w którą warto zagrać.

Postacie? Jeden ze znajomych w komentarzu na Facebooku napisał, iż ojciec głównego bohatera z tej książki to jedna z najbardziej wyrazistych postaci, jakie stworzono. I trudno się nie zgodzić z tym zdaniem. Choć jest on postacią drugoplanową, myślę że nie tylko mi zapadł głęboko w pamięć i swoja osobowością wyszedł nieco przed szereg.

Książka Podlewskiego zaskakuje oryginalnością, choć przed skojarzeniami z „Piknikiem na skraju drogi” Strugackich autor nie ucieknie. Po bliższym przyjrzeniu się jednak widać, iż zbieżność ta jest jedynie pozorna. Owszem, łączy te dwie powieści fakt, iż nie znamy tak naprawdę tej „drugiej strony”, ale też niekoniecznie oznacza to, iż autorzy porównywanych książek mają to samo na myśli. A kiedy czytelnik dotrze do końca „Happy endu” bez problemów dojdzie do wniosku, że to, co mogło wydawać się podobne, niekoniecznie takim jest.

Warto sięgnąć po tę pozycję. I niekoniecznie trzeba być zagorzałym fanem fantastyki, bo to jedna z tych powieści, która potrafi zabrać w podróż każdego czytelnika, niezależnie od tego, jaki gatunek literacki lubi. Co jest zresztą kolejną zaletą tej książki.

O fabule nie napisałem celowo. Jeśli ktoś lubi alcybiadesowe dryfy, podryfuje z tą książką w obszary, których dotychczas nie znał i w miejsca, które zaskoczą go swym istnieniem w pełnym aberracji uniwersum.

Zapewniam, że warto wybrać się w tę podróż.

Naprawdę.

 

Ab ovo

Z dumą prezentuję kolejnego e-booka mojego autorstwa, tym razem z tekstami z szeroko pojętej publicystyki. Felietony, wiersze, opowiadanka, krótkie formy – wszystkiego po trochu. E-book dostępny za całkowitą darmochę, można rozpowszechniać, wrzucać na chomiki, torrenty, peby i co tam jeszcze chcecie.

Poza tym – można oczywiście przeczytać. Zapraszam do ściągania i lektury. I obiecuję, że to jeszcze nie koniec niespodzianek.

A tu link:


http://wydaje.pl/e/ab-ovo

 

Pudle z gitarą

„The Final Countdown” – kto nie zna tego utworu? Evergreen, który przyniósł chwilową sławę szwedzkiemu zespołowi Europe, grany był wszędzie. W radiu, w telewizji, nawet, o dziwo, na dyskotekach. Teledysk, idealnie dopasowany do muzyki, nakręcał komercyjną spiralę. I choć od paru lat grały już przecież takie kapele jak KISS, Mötley Crüe czy Bon Jovi, to właśnie końcowe odliczanie Szwedów stało się synonimem jednego z fajniejszych nurtów w historii rocka, zwanego oficjalnie glam a potocznie „pudel metalem”.

Każdy, kto pamięta ten teledysk od razu pojmie, skąd ta nazwa. Wytapirowane włoski na żelu, przypominające puszyste pudle, makijaż, czasem oryginalny, jak w przypadku zespołu KISS , czasem wręcz kobiecy, dzięki czemu dopóki wokalista (?) nie zaśpiewał, nie wiadomo było, jakiej jest płci, oryginalne stroje i skórzane spodnie – to typowe cechy, jakimi charakteryzowali się muzycy. A sama muzyka?

 W glam metalu nie było miejsca na filozofię, rozważania,  sens życia. Pudlopodobne zespoły skupiały się na dobrej zabawie – radosne akordy, bezpretensjonalne teksty, krążące wokół tematów dobrej zabawy i niezobowiązującego seksu. I melodia, wpadająca momentalnie w ucho. A żeby nie było za monotonnie do kompletu dokładano ckliwe, ociekające lukrem i pseudoromantyzmem ballady.

No i te teledyski, których bohaterowie byli herosami sceny – niezniszczalni, każdym swym ruchem okazujący swą męskość, czasami niemalże boskość, pieścili gryfy gitar pokazując fankom, co zrobiliby z nimi w łóżku, skoro tak efektownie potrafią nastroić instrument. A do tego jeszcze słynne historie z umieszczaniem kawałków gumowych węży w kieszeniach obcisłych spodni. Ech… Ileż rozczarowań musiały przeżyć fanki, gdy okazało się, iż…

Stop! Zbaczamy z tematu w niebezpieczne rejony.

Glam metal znali i lubili chyba wszyscy. Co prawda większość podchodziła do niego tak, jak obecnie do disco polo, czyli krytykowali i ukradkiem słuchali, gdy nikt ich nie widział, ale w odróżnieniu od dyskotekowych produkcji pudel metale bronili się. Jak zawsze, spotkać można było meteory, czyli zespoły jednego kawałka, ze wspomnianym Europe czy choćby Twisted Sister na czele, ale część kapel oparła się późniejszej inwazji innych gatunków i utrzymała się na rynku. Osobiście najbardziej żałuję upadku Gunsów, bo nagrali rewelacyjny album i mieli nie tylko potencjał, ale i odpowiednich ludzi do zrobienia czegoś wielkiego. Ale filozofia… hmm, filozofii wszak nie było… A zatem styl życia, oparty na schemacie sex, drugs & rock’n’roll doprowadził do tego, że G’n’R będą kojarzeni przeważnie z „Apetite for destruction”, bo już następca, choć dwupłytowy, dobry był w góra czterdziestu procentach.

Sex, drugs & rock’n’roll… Choć ta filozofia (wrr… styl życia oczywiście!) towarzyszyła kilku nurtom muzycznym (choćby początkom punk rocka) właśnie pudlowaci muzycy wykorzystali ją do maksimum. Czasem nawet przesadzając, no bo jak można nazwać zespół grający muzykę metalową – Cinderella? (Kopciuszek). Nieskrępowana zabawa i muzyczna radość trwała ku uciesze publiczności aż do początku lat dziewięćdziesiątych. I dla mnie osobiście to były ostatnie dobre momenty gatunku, zwanego heavy metalem. Choć lekki, prosty i przyjemny to jednak nadawał się do słuchania. Ale później nastąpiło coś, czego nikt początkowo nie mógł zrozumieć, a co doskonale skwitował Mickey Rourke w filmie „Zapaśnik”:

„Takiej muzyki już nie ma. Lata 80. były najlepsze. Guns N’ Roses, Mötley Crüe, Def Leppard. A później pojawił się ten cip*waty Kurt Cobain i wszystko spieprzył, jakby w dobrej zabawie było coś złego”

Ale to już temat na inną opowieść.

Zombie atakują!

 

  Uwaga! Nadchodzą zombie!

 Na szczęście na razie tylko na łamach antologii. Dziwnej antologii, bo jej twórcy, zarówno ci piszący, jak i graficy, korektorzy, redaktorzy i technicy nie nastawili się na zysk, dzięki czemu książka jest za darmo i dostępna dla każdego. W formie e-booka oczywiście, ale do tego już powoli trzeba zacząć się przyzwyczajać.

 „Zombiefilia” to projekt który pokazuje, że w Polsce można zrobić cos ambitnego i ciekawego. Zaprosić znane nazwiska do wspólnej zabawy, zorganizować konkurs, by każdy mógł znaleźć się na łamach antologii w otoczeniu gwiazd (jak autor niniejszego tekstu ze swym opowiadaniem „Gajusz”), zrobić pomysłową i ciekawą kampanię reklamową – jak choćby trailer filmowy promujący antologię i koszulki, które mógł zakupić każdy z autorów (ze swoim nazwiskiem na plecach) oraz oczywiście czytelników – i na końcu stworzyć publikację, na którą z niecierpliwością wyczekiwały tysiące fanów.

 Jestem świeżo po lekturze książki i muszę przyznać, że zaskoczyła mnie nieźle. Co prawda zombie to nie moje klimaty, wolę nieco inne obszary fantastyki, ale opowiadania zamieszczone w e-booku wciągnęły mnie już od pierwszego, znakomitego „Anioły zjedzą wiosnę” Davida Kaina. A później…

 A później było równie dobrze, lub przynajmniej przyzwoicie. Bo słabych opowiadań w tym zbiorze nie ma, choć jak to zazwyczaj w antologiach bywa, poziom raz jest wysoki, raz nieco niższy. Wciągające są szczególnie dłuższe formy, „Die Hard” i „RPG” Magdaleny Kałużyńskiej, „Relikt epoki” Pawła Waśkiewicza, „Deus ex machina” Aleksandry Zielińskiej i „Inspekcja” Marcina Podlewskiego, która jednakże jak dla mnie za bardzo przypomina pewne bardzo znane opowiadanie Philippa K. Dicka.

 Miłym zaskoczeniem jest fakt, iż wielu autorów zdecydowało się na ucieczkę przed schematem – opuszczone miasto, ogarnięte przez żywe trupy i bronione przez resztki ludzkości. Przelatujemy przez kilka epok historycznych i zwiedzamy różne miejsca, a wszędzie jest mrocznie, strasznie i zombiastycznie. Szczególnie intrygująco wypada tekst Marcina Rojka „Jak ja ich nie cierpię”, przy którym nawet parę razy się uśmiechnąłem. Trzeba przyznać, że ludzka wyobraźnia wędruje czasami naprawdę w dziwne rejony…

 A propos dziwnych rejonów – do antologii zaproszono również gościa zagranicznego, Carltona Mellicka III. Jego opowiadanie kończy antologię i jest zdecydowanie jednym z najoryginalniejszych w zbiorze. Dlatego cieszy fakt, że przynajmniej kilka tekstów w „Zombiefilii” jest równie dobrych, a moim subiektywnym zdaniem nawet lepszych niż „Cytrynowe noże i karaluchy”. A jeśli ktoś nie wie, na czym polega gatunek literacki, zwany bizarro, to opowiadanie to doskonale mu to wyjaśni.

 Zombie są dość niedocenianym motywem w naszej rodzimej fantastyce, dlatego cieszy fakt, iż taka antologia powstała.  Książka ta pokazuje  potencjał, tkwiący w naszych autorach i pozwala mieć nadzieję, że pomysłodawcy tej antologii, jak i nasi pisarze po sukcesie „Zombiefilii”, podejmą nowe wyzwania i pójdą za ciosem. Bo sukces „Zombiefilii” pokazuje, że naprawdę warto!

A ściągnąć można tutaj:


http://wydaje.pl/e/zombiefilia

 

Zdjęcie – nie taka prosta sprawa

[del]

Paragraf 212

W pewnym małym miasteczku były sobie dwie lokalne gazety. Mieszkańcy kupowali raz jedną, raz drugą, czasopisma nie wchodziły sobie za bardzo w paradę – ogólna sielanka. Niestety, istniejący porządek rzeczy zakłóciło pojawienie się trzeciego gracza, który z hukiem wszedł na rynek, odbierając spory kawałek czytelniczego i reklamowego tortu. I nie byłoby tym nic dziwnego, w końcu każdy może gazetę wydawać, gdyby nie fakt, iż miasteczko zdominowane jest przez partię zwaną PSL, a redaktorem naczelnym został syn Bardzo Znanego Posła z tejże partii.
No i posypały się podejrzenia. Że naczelny dostał na rozkręcenie gazety sporą kasę od ojca, w dodatku z pieniędzy z budżetu państwa. Że niektóre firmy dostały zalecenie, by reklamować się w tejże gazecie, dodatkowo zaprzestając reklamy w konkurencyjnych mediach. Że gazeta sieje partyjną propagandę. Czyli ogólnie – obiektywizmu w niej zero, bo to partyjna tuba propagandowa, zbudowana za pieniądze budżetowe.
Celowała w oskarżeniach jedna z lokalnych gazet, które dostały prztyczka w nos. Zwłaszcza jej redaktor naczelny, który nie wytrzymał i napisał artykuł o tych podejrzeniach, przedstawiając je zresztą jako fakt dokonany. Artykuł zrobił swoje, naczelny dostał nawet za to nagrodę Grand Press, a Bardzo Ważny poseł strasznie się oskarżeniami wzburzył. Czy słusznie?
I tu właśnie do gry wszedł kolejny element, czyli słynny paragraf 212, który Bardzo Ważny Poseł chciał niegdyś znieść, ale jak przyszło co do czego to ochoczo zeń skorzystał. Paragraf ten mówi, że: „§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”

I z tego to paragrafu Bardzo Ważny Poseł wniósł oskarżenie, oświadczając, że pieniądze dawał, ale prywatne, a nie publiczne, a to mu wolno (co jest całkowitą racją). Dziennikarze twierdzili jednak coś zupełnie innego, wymiana argumentów trwała nie tylko w sądzie, ale również na łamach lokalnej prasy. Wyrok sądowy, który zapadł niedawno, zaskoczył wszystkich.

Paragraf 212 nie tylko doprowadził do skazania dziennikarzy, co prawda tylko na symboliczne grzywny i przeprosiny, ale jednak skazania. Ale – co jest najbardziej bulwersujące w tej sprawie, paragraf 212, a w zasadzie jego interpretacja, którą przyjął sąd, zabroniła ujawnienia wyroku. Innymi słowy – dziennikarzy skazano, ale zabroniono im mówić, za co. I zakazano publikacji na ten temat, co jest równoznaczne z absolutnym zakazem obrony.

O ile wyroku komentować nie mogę – argumenty obu stron są znane, sąd uznał tak, a nie inaczej – to jednak utajnienie uzasadnienia wyroku jest precedensem i niestety – skandalem. Chcę wierzyć, że spowodowanym tylko nieudacznictwem sądu, a nie naciskami z góry. Dziennikarz, zwłaszcza skazany za pomówienie musi (nieodwołalnie!) mieć prawo do brony, do prezentacji dowodów i do napisania, co skłoniło go do postawienia takiej a nie innej tezy. Bo przecież nie twierdzę, że oni mieli rację. Ale postępowanie sądu wygląda niczym szatnia w „Misiu”, kiedy jeden z szatniarzy mówi.

„Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”

Mam nadzieję, że apelacja od wyroku przyniesie właściwy skutek i niezależnie od wyroku, jaki zapadnie (bądź zostanie utrzymany) pozwoli na jasność i przejrzystość w tej sprawie. Zwłaszcza, że okazało się, iż z podejrzenia o przelewanie pieniędzy publicznych (jak twierdzi oskarżony) bądź prywatnych (jak twierdzi Bardzo Ważny Poseł) w wyroku sądu w magiczny sposób zamieniły się w twierdzenie, iż żadnych pieniędzy nie przelewano. Co zresztą bardzo ciekawie skomentowała podejrzana gazeta, pisząc (cytuję z pamięci): „Żadnych pieniędzy nie przelewano. Poza tym kwota się nie zgadza”.

Jak dla mnie wszystko jest już jasne.

Włodarczyk nadal mistrzem!

Konia z rzędem temu, kto w piątkowy wieczór, po piątej rundzie walki o mistrzostwo świata WBC dawał naszemu jedynemu posiadaczowi pasa jakiekolwiek szanse. Przegrywający wyraźnie, z krwawiącym łukiem brwiowym i po jednym nokdaunie Krzysztof Włodarczyk wydawał się być bezradny wobec huraganowych ataków przeciwnika. A jednak od szóstej rundy nastąpiła zadziwiająca metamorfoza polskiego boksera i na oczach kilku tysięcy osłupiałych widzów, wśród których znajdował się m.in. prezydent Inguszetii, nasz „Diablo” w piekielnie efektowny sposób wykonał wyrok na wyczerpanym Rosjaninie.

Krzysztof Włodarczyk to ciekawy bokser. Z jednej strony ma niesamowicie spokojny, wręcz usypiający styl walki, z drugiej jednak widz, oglądając jego pojedynki, nie narzeka na niedobór emocji. Jak choćby w pojedynku z Danny Greenem, w którym nasz zawodnik przegrywał dość wyraźnie, by jedną potężną bombą udowodnić, kto i dlaczego posiada pas mistrzowski.

Co się właściwie stało w pojedynku z Czakijewem? Oglądając powtórnie, już na spokojnie walkę, widać wyraźnie taktykę Krzysztofa. Tak jak zapowiadał, najpierw przetrwać, dać się przeciwnikowi wyszaleć i potem spokojnie iść po swoje. Czakijewa zgubiło kilka rzeczy.

Po pierwsze, brak doświadczenia na długim dystansie. Nieprzypadkowo tylko mistrzowskie pojedynki (oczywiście z wyjątkami) są toczone przez dwanaście rund. To strasznie wyczerpujące dla zawodników, dlatego bardzo ważna jest umiejętność odpowiedniego rozłożenia sił. Czakijewowi tego zabrakło, co było widać już gdzieś od piątej rundy.

Po drugie – jak wspomniałem wcześniej, odpowiednia taktyka. Włodarczyk zamierzał przetrwać pierwsza połowę walki, raz po raz kąsając przeciwnika, by w drugiej zaatakować. I konsekwentnie to czynił. Rosjanin natomiast miał plan na pierwszych kilka rund – iść do przodu, zaatakować i zniszczyć. Plan dobry, ale nie na mistrza świata. A kiedy skończyły się siły, zabrakło pomysłu, co dalej.

Po trzecie – siła właśnie. Nie odmawiam Rosjaninowi siły ciosu, ale nasz mistrz ma w ręce kopyto. Widać było, że ciosy Polaka karcą Czakijewa i mimo, iż nieliczne, to jednak swoje zrobiły. Potężne uderzenia Rosjanina lądowały przeważnie na podwójnej gardzie Diablo, podczas gdy bomby Włodarczyka były rzadkie, ale robiły swoje. Widać wyraźnie, że destrukcja Czakijewa zaczęła się już od dwóch potężnych ciosów, przyjętych bez jakiejkolwiek obrony pod koniec czwartej rundy. Warto zauważyć, że żaden z ciosów, po których upadał Czakijew, nie był czystym, nokautującym uderzeniem. Zwłaszcza pierwszy, bity przez Polaka z krótkiego zamachu, zupełnie nie wyglądający na jakiś szczególnie mocny.

Gratulacje więc dla naszego zawodnika, który wykaraskał się z opresji i dał kibicom walkę, która z pewnością kandydować będzie do najlepszego pojedynku tego roku. Nawet ci, którzy kwestionowali umiejętności naszego mistrza musza przyznać, że Krzysztof Włodarczyk potwierdził swoją klasę i nie pojechał do Rosji „tylko po wypłatę”, jak sugerowało paru zawistników. Zwycięstwo nad Czakijewem otwiera drzwi przed kolejnymi wyzwaniami i zastanawiam się, czy kolejnym przeciwnikiem będzie ktoś z czołowej trójki wagi juniorciężkiej (Hernandez, Huck, Jones) czy powoli czas zabierać się za pojedynki w kategorii ciężkiej.

Cokolwiek zdecyduje Krzysztof Włodarczyk sądzę, że przed nami jeszcze wiele emocjonujących walk z jego udziałem.

Mama, tata, rodzina

Kolejny kraj ześwirował.

Socjalistyczna Francja, czyli kraj, który ślimaki nazywa rybami zdecydowała, że pojęcia „mama” i „tata” są przestarzałe i homofobiczne. W dokumentach zastąpione zostaną więc słowami „rodzic nr 1” i „rodzic nr 2”, bo przecież rodzice mogą być tej samej płci. Socjaliści postanowili nie umieszczać w papierach informacji, w jaki sposób rodzice tej samej płci się rozmnożyli. Może i słusznie zresztą.

Oczywiście jest to jawna dyskryminacja związków żyjących w trójkątach, czworokątach i innych -kątach, niekoniecznie zresztą z przedstawicielami homo ponoć sapiens. Łaskawa dla imigrantów Francja, od czasu do czasu w dowód wdzięczności demolowana przez rozwydrzonych muzułmanów, powinna sobie uzmysłowić, że islam dopuszcza posiadanie wielu żon. O, pardon, rodziców – numer dwa, trzy, cztery… No bo nie sądzę, żeby mężczyzna pozwolił sobie na bycie numerem niższym niż pierwszy. Równość równością, ale islam islamem.

Oczywiście pada tradycyjny argument za związkami jednopłciowymi: „Kto może zapewnić, że para heteroseksualna wychowa dziecko lepiej niż para homoseksualna? Czy ta pierwsza zagwarantuje najlepsze warunki dla rozwoju dziecka?”. Christiane Taubira, francuska minister, cierpi chyba na schizofrenię, bo zaraz dodaje, że dla rządu dziecko jest najważniejsze. Jeśli dziecko jest najważniejsze, to powinno zapewnić mu się prawidłowy rozwój i opiekę rodziców obojga płci. Tymczasem pani minister posługuje się wyświechtanym i idiotycznym sloganem, przedstawiając tradycyjną rodzinę jako przestarzałą patologię a dwójkę (trójkę, czwórkę) mamuś czy tatusiów jako doskonałą alternatywę zapominając, że już sam taki monopłciowy związek jest dewiacją.

Zresztą nie tylko słowa „mama” czy „tata” znikną z francuskiego słownika.  Bo chyba oczywiste jest, że nie będzie „syna” czy „córki”? Jak Francuz będzie mógł mówić do swego dziecka „synu”, skoro za parę lat może on być „córką” (albo bezpieczniej „dzieckiem numer dwa”) i oskarżyć rodziców o dyskryminację płciową?

Wspaniała, socjalistyczna rodzina – rodzic numer jeden, trzymając rodzica numer dwa za rękę, uśmiechając się jednocześnie do rodzica numer trzy spoglądają, jak dziecko numer jeden i dziecko numer dwa łowią ślimaki na wędkę.

A z daleka obserwuje to wujcio Lenin, mrucząc pod nosem: „I tak to sobie właśnie wyobrażałem…”

Niedziela – dzień bez pracy

Poranek był wyjątkowo piękny.

Promienie słońca, sączące się przez okno uświadomiły mi, iż nadszedł najwyższy czas, by wstać z łóżka. Zresztą dzisiejszy dzień był na tyle wyjątkowy, że nie miałem przed tym żadnych oporów i wstałem żwawo by przekonać się, jak będzie wyglądała pierwsza taka niedziela w historii naszego kraju.

Niedziela wyjątkowa, bo po raz pierwszy zakazano pracy w ten dzień. Ludziom przecież należy się wolne i nie należy upadlać ich nadmierną pracą, prawda? Tak przynajmniej stwierdzili miłościwie nam panujący posłowie, a wszak ich troska o obywatela zaiste godna jest podziwu.

Włączyłem telewizor, by zobaczyć, jak też dzielny naród sobie radzi z nadmiarem wolnego czasu. W zasadzie nie tyle włączyłem, co chciałem włączyć. Nie udało się. Początkowo myślałem, że zepsuł się pilot, jednak brak czerwonego światełka na dole obudowy odbiornika uświadomił mi, jak bardzo się myliłem. No tak, nie ma prądu. Przecież pracownicy elektrowni też muszą mieć dziś wolne, wszak gdyby dano przywileje jednym, zapominając o drugich byłaby to jawna dyskryminacja! A na taką, choćby nie wiadomo, jak głupio to by wyglądało, Socjalistyczna Unia Europy nie pozwoli!

Postanowiłem więc zjeść śniadanie. O dziwo, okazało się to nad wyraz trudnym zadaniem. Woda w kranie dzięki Bogu była, ale już zagotowanie jej urosło do rangi sporego problemu. Elektryczny czajnik nie wchodził w rachubę, iskrownik nie działał a jako człowiek niepalący zapałek czy zapalniczki nie posiadałem. Już prawie ubierałem buty, by wyjść do pobliskiego sklepu, kiedy zreflektowałem się, iż nie ma to żadnego sensu. Cóż, pozostało zjeść kanapki, popijając mineralną…

Postanowiliśmy rodzinnie udać się na wycieczkę. Wzięliśmy mapę i wytyczyliśmy kilka celów. Kłótnia o to, gdzie pojedziemy, była burzliwa, ale apogeum dyskusji osiągnęliśmy kilka minut później, gdy okazało się, iż bak samochodu jest prawie pusty, a jako że niedziela, to na stacje benzynowe nie ma co liczyć.

Zamiast rodzinnego wyjazdu był więc rodzinny spacer na pole za stodołą oraz obserwacje żuczków, biedronek i krowich placków. Słowa, które jeszcze kilkanaście minut temu cięły powietrze niczym serie z karabinu maszynowego, tym razem padały wyjątkowo oszczędnie.

Pozytywnym zdarzeniem przed powrotem do domu było zdobycie upragnionej paczki zapałek od sąsiadki. Negatywnym – w lodówce, z braku prądu, wszystko się zaśmierdło. Obiad składał się więc z kanapek z konserwą oraz kawy. Najedliśmy się solidnie wiedząc, że na kolację nie ma co liczyć, gdyż jedyne, co mogliśmy ewentualnie wykombinować to kiszone ogórki z keczupem.

Po obiedzie postanowiłem wypocząć na podwórku, jednak nie było mi dane. Zaraz po tym, jak usiadłem z książką, jakiś gówniarz przywalił rowerem wprost w słup elektryczny. Pomyślałem mściwie, że ma nauczkę za zrobienie sobie jezdni z chodnika, w dodatku jeżdżąc bez kasku na głowie, jednakże obficie lejąca się krew oraz prawdopodobnie złamana noga spowodowała, iż sięgnąłem po telefon. O dziwo, działał. Głos, który usłyszałem, był całkiem sympatyczny, słowa, które usłyszałem, nieco mniej.

„Ze względu na wolną niedzielę nie ma nikogo w pracy. Prosimy dzwonić na pogotowie od godziny 00:00 w poniedziałek”.

Zamiast wypoczynku czekało mnie udzielanie pierwszej pomocy ryczącemu bachorowi. Dwa patyki, związane sznurkiem, unieruchomiły nogę. Bandaż, założony na głowę, upodobnił cyklistę do cierpiącego na schizofrenię beduina, ale przynajmniej wyciek krwi został zatamowany. Wkrótce pojawił się tatuś kolarza i po tradycyjnej wymianie uprzejmości zabrał go ze sobą.

Usiadłem ponownie z książką, nie dane mi było jednak wypocząć, bowiem okazało się, iż wbrew zakazowi ktoś jednak wziął się do pracy.

Czwórka młodziaków pieczołowicie rozwalało pobliski przystanek. W międzyczasie ich koledzy zbierali do dużej reklamówki portfele i telefony kilku przechodniów, którzy akurat spacerowali.

Po skończonym dziele przyszedł czas na znacznie bardziej wymagającą pracę. Okazało się, iż mimo zakazu sklep w niedzielę będzie jednak otwarty. Co więcej, w promocji wszystko będzie za darmo, na zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”.
Spojrzałem w stronę ogrodzenia, o które opierał się obserwujący to wszystko z uśmiechem sąsiad.

Policjant.

Mimo początkowych chęci nie wykręciłem numeru 997. Wiedziałem, co usłyszę.

Afera zbożowa

Dziś rano, wchodząc jak co dzień na popularny portal wykop.pl, przecierałem oczy ze zdumienia. Zastanawiałem się, czy to jakiś nieprawdopodobny zbieg okoliczności, czy też nagle wszyscy podjęli dyskusję na tematy związane w jakikolwiek sposób ze zbożem. Co ich do tego natchnęło, pozostawało dla mnie zagadką.

Okazało się szybko, że po raz kolejny nie doceniono siły społeczeństwa. Nie tak dawno przecież wybuchła afera, związana z połączeniem dwóch platform cyfrowych (Canal+ i telewizja n), która skończyła się masowym odejściem klientów tych platform i zwolnieniami pracowników z samego szczytu, zwłaszcza w C+. Jakby tego było malo, wkurzonym klientom racje przyznał Urząd Ochrony Konkurencji i konsumentów, nakładając na Canal+ olbrzymią karę finansową.

Jak widać, dzięki mediom społeczeństwu udało się w końcu uwierzyć, że w grupie siła.

A o co chodzi z tym zbożem?

Choć wykop jest u nas serwisem szalenie popularnym i sam bywam tam codziennie, szukając nowych inspiracji i ciekawostek, nie wszyscy zapewne wiedzą, cóż to za twór. Jest to portal, na który użytkownicy wrzucają ciekawe, ich zdaniem, linki do stron, a pozostali głosują, czy dana strona im się podoba, czy nie. Te linki, które uzyskają ponad sto głosów, lądują na stronie głównej. Ot, taka polska kalka potężniejszego Reddita.

Problemem jednak jest utrzymanie porządku, a w głównej mierze kontrola wrzucanych informacji oraz licznych komentarzy. Wiadomo, że im popularniejsza strona, tym więcej trolli. Niezbędne zatem jest posiadanie moderatorów, którzy nieodpowiednie treści będą usuwali szybko i skutecznie.

I tu wracamy do początku, czyli afery zbożowej, która skutecznie zaśmieciła ten popularny serwis. Otóż jedna z moderatorek zrobiła sobie sesję zdjęciową w stroju Ewy, właśnie wśród zbóż. Kiedy jednak jej zdjęcia stały się zbyt popularne, zaczęła je (i linki do nich prowadzące) usuwać, a osoby rozpowszechniające je banować. W odwecie kilku wykopowiczów przypomniało jej wcześniejsze posty, które ocierały się wręcz o pornografię (szczegółów pisał nie będę, łatwo znaleźć), a skończyło to się masowymi banami.

I tu nastąpił kolejny pokaz siły wykopowiczów i przypomnienie, że to oni tworzą ten portal, a nie moderatorzy (którzy zresztą nawet nie raczyli zareagować). W odwecie za sesję zbożową moderatorki cały portal został zasypany informacjami, związanymi ze zbożem. Od soboty nie można znaleźć na wykopie nic sensownego, ciekawe linki nie związane ze zbożem są systematycznie zakopywane przez buntowników. Niestety, do tej dziwnej sytuacji przyczynił się także brak zdecydowanej reakcji właścicieli portalu, co doprowadziło do poważnego kryzysu.

Czy intencje wykopowiczów są zasadne? I tak, i nie. Tak, bo nie można traktować w ten sposób klientów czy użytkowników (casus Canal+ się kłania) – czasy, gdy byli oni tylko mięsem armatnim, napędzającym licznik reklam już się skończyły. Nie, bo akcja ta przerosła sama siebie – z jednej strony pokazano siłę użytkowników, ale z drugiej niczym mityczny Uroboros ugryziono się we własny ogon i póki co nie ma sensownej możliwości rozwiązania sytuacji.

Oczywiście za kilka dni wszystko wróci do normy, ale jest to kolejny przykład, że zjednoczona grupa użytkowników, która ma świadomość swojej przewagi, może osiągnąć cel. Stoi to w jawnym kontraście z często słyszanymi słowami – „mój głos i tak nic nie zmieni”. Użytkownicy Canal+ i popularnego wykopu pokazali właśnie, że może zmienić. Czy nie warto więc przemyśleć swojego podejścia i zamiast wzruszać ramionami, mówiąc, że to nic nie da, podjąć działanie by potem powiedzieć – „jestem jedną z tych kropli, która wydrążyła kamień”?